|
Archiwum
O autorze
Zakładki:
A tu są moje fotki :-)
Czytadełka
Fascynacje moje
Filmy
Fotografia
Handicraft
Miejsca
Od kuchni
|
poniedziałek, 22 marca 2010
przeprowadzka
ponieważ nie chciałam upubliczniać tego bloga (bo bardzo się cieszę, że mam miejsce gdzie mogę bezkarnie i bezwstydnie pisać o wszystkim co mnie boli i cieszy), postanowiłam przenieść się do nowego miejsca -związanego bardziej z moją obecną działalnością: https://mojabrocha.blogspot.com na razie nie mam czasu, żeby aktualizować równocześnie oba blogi, ale z dziką rozkoszą będę tu wpadać. mam nadzieję, że nie tak rzadko...
poniedziałek, 06 lipca 2009
smak wspomnień
a tak chciałam napisać o Stambule. ten wyjazd mocno we mnie utkwił... a nie mam czasu, żeby go z siebie wyrzucić i rozkoszować się każdą chwilą od początku. i cały czas chodzą mi po głowie wakacje tam właśnie... tak wiem, że nie plaża i morze, nie góry i jeziora, tylko miasto. ale miasto miast za to... a plaża może się trafi na wyspach okolicznych... zresztą - who cares?
w tym miejscu jest coś magicznego. nie jest trendy, plastikowe, wygładzone... jest realne aż do bólu. czasem obskurne, biedne, tandetne, obsypane śmieciami (szczególnie wieczorami, kiedy kóńczy sie handel w przejściach podziemnych, a setki plastikowych reklamówek zostają na posterunku), a czasem zapierające dech w piersiach, spokojne, radosne i gwarne... Stambuł kipi prawdziwą codziennością. bo pomomo tłumów turystów są tam jescze większe tłumy mieszkańców, którzy prowadzą normalne życie. i ta mieszanka jest chyba najbardziej intrygująca. te kontrasty - chodzące małpki, uderzające złotymi talerzami, tańczące hawajskie lale, światełka, wyjące syreny sprzedawane w przejściu podziemnym i majestetyczny Yeni Cami wyłaniający się po wyjściu z niego.
Bosfor jest jak chłodny powiew bezustannie zasilający miasto w świeże powietrze. wieczorem można stanąć nad brzegiem i patrząc w morze zachwycać się dokładnie tą chwilą, która właśnie trwa. zamyślić się, rozmarzyć i dojść do wniosku, że życie jest piękne. że wszystko jest nieważne. i że żyje się właśnie dla takich momentów.
oprócz własnych obrazków kłębiących mi się w głowie mam jeszcze dwa ulubione żródełka oddające klimat Stambułu. film Fatiha Akina "życie jest muzyką" ("crossing the bridge - the sound of Istambul"). zapierający dech w piersiach, plastyczny i tak realny, że po 5 minutach oglądania znalazłam się w innej czasoprzestrzeni. ale temu już kiedyś poświecona została cała notka. nie mogło po prostu być inaczej.
druga fantastyczna rzecz znajduje się tutaj.
znalazł to K. i jak mi pokazał to miałam mokre oczy. to chyba najlepszy dowód na to, że w jakiś sposób tam wrosłam. puściłam, na razie jeszcze słabe, korzonki. i strasznie tęsknię. co będzie jak korzonki zaczną się rozrastać?
K. sam miał pomysł, żeby coś takiego zrobić, ale nie bardzo jest to wykonalne. ten majstersztyk koleś robił przez 4 lata. to kawał historii. historii codzienności. bez wielkich rewolucji, bez podniosłych słów, bez rozbuchanych wydarzeń. kawał codzienności. prawdziwej. dzień po dniu. i dla mnie taki właśnie jest Stambuł. skromny. jakby na złość temu, że stoją tam cuda architektoniczne i będąc tam pierwszy raz, odwracając głowę dookoła, nie ma się pojęcia, który to Błękitny Meczet - bo wszystkie meczety są wielkie, pięne, majestatyczne. takie skondensowanie piękna, które z braku miejsca na rozprzestrzenienie się w innych kierunkach, wrasta w duszę człowieka. głęboko. i na zawsze.
taki jest mój Stambuł. widziany może i przez różowe okulary, ale moimi oczami.
środa, 01 lipca 2009
sposób na depresję
na depresję najlepszy jest kolejny wyjazd K. w najmniej odpowiednim momencie, apteczna biurokracja, leniwa pani Wandzia ze spółdzielni, choroba kota, skwar i duchota na dworzu a ulewa i burza, kiedy trzeba wyjść do weta... do tego taksówkarz, który jedzie jak wariat w rytm coraz głośniejszej muzyki: umc, umc, umc, pozostawiając za sobą metrowe fontanny wody i prawie wylatując z drogi na zakrętach. polecam ten przepis. zawsze wychodzi. bez zakalca ;-)
na wyjście z depresji najlepszy jest odzyskany Rodzony, który został wcześniej utracony (warunek konieczny ;-) plus 3 opakowania lodów + mini szampan (warunek już nie tak konieczny, ale jakże miły). polecam ten przepis. zawsze wychodzi. bez zakalca i bez kaca ;-)
no więc Rodzony pojawił się z takowym ekwipunkiem ku mojemu wielkiemu zdziwieniu na 10 minut przed moim wyjściem do weta kompletnie przemoczony. tak się niestety kończy jazda skuterem w trakcie poniedziałkowej burzy. mokre było wszystko - łącznie z wewnętrzną stroną kasku!!! oberwania chmury niestety nie można przewidzieć, ale największy pech to znaleźć kurtkę przeciwdeszczową w bagażniku skutera kiedy jest się już kompletnie mokrym ;-) anyway Rodzony przyjechał z okazji swoich imienin i również nienajlepszego samopoczucia. wyszedł z założenia, że skoro oboje czujemy się ch... to lepiej połączyć siły i poczuć się ch... wspólnie... z lodami i szampanem ;-) zdecydowanie lepiej! posiedzenie skończyliśmy dobrze po północy, obżarci słodkim do nieprzytomności ;-) Rodzony zakochał się w Gajutku (czyli dopiero od drugiego wejrzenia), który po kolejnej dawce antybiotyku wyraźnie odżył. towarzyski kotek większość czasu spędził rozwalony na stole obwąchując przy okazji wszystko czym się raczyliśmy. było rozkosznie. jedyny minus to, że ubrania niestety nie wyschły. ale Rodzony i tak postanowił wrócić w nich do domu. a jak się uprze to nie ma z nim gadania. to taka cecha rodzinna ;-)
ile dobrego może zdziałać pin-up girl wysłana z życzeniami imieninowymi ;-) bo to był punkt zapalny... zapaliła się Rodzonemu lampka, że ma imieniny ;-p apotem było już tylko słodko - na przemian waniliowo, czekoladowo i owocowo...
a wraz z odejściem depresji nadeszły same dobre zdarzenia. list od Kazia, który to cierpiał na dobrze znany i zdiagnozowany zespół ch... nastroju. mailowa psychoterapia Kazia zwieńczona sukcesem. kwiatowa i kolorystyczna eksplozja. poczucie lekkości bytu. szczęśliwsza apteka. miły taksówkarz podczas kolejnej wyprawy do weta i pogadanka o sierściuchach, jako że sam właścicielem jednego był. urocza Pani z bloku zachwycająca się urodą Gajki - była właścicielka 20-letniego persa. sami uśmiechnięci ludzie. i taka mnie refleksja naszła - cats are ewerywhere.
cats. uniting people.
być hippiską
taki miałam, jak to Kaź mówi, "tardżet" na to lato :-) kupić spódnicę w kwiaty. ale nigdzie odpowiedniej nie było. i w końcu mi się objawiła. pioruńsko droga i nie przeceniona, pomimo sezonu przecen. postanowiłam czekać. ale chodziła mi po głowie non stop i wszystkim o niej opowiadałam. w końcu stwierdziłam, że jak jej nie przecenią to i tak ją kupię :-) ale przecenili. o 25%. przymierzyłam, pobujałam biodrami i spakowałam do torby, podśpiewując z rozkoszy że mam lżejszy portfel ;-) co mi przypomina, że to był portfel K. (a raczej jego platik ;-) i należy mu się zwrot :-) ale K. zahwycony. z każdą chwilą podobała mu się coraz bardziej ;-)
dzisiaj założyłam kieckę. jest idealna. taka jak być miała. nic dodać, nic ująć :-) zamiatam biodrami i czuję się jak hipiska. kolorowo, zwiewnie i kobieco. naenergetyzowana. robi wrażenie :-)
a Wielki Gumiś powiedział mi - hmmm... "taka gypsy dzisiaj jesteś"... buahahahhaah.
hell yeah ;-)
czwartek, 25 czerwca 2009
biskie spotkania trzeciego stopnia
wczoraj Gajka napotkała na korytarzu obcego kocura, co przyprawiło mnie prawie o zawał na miejscu. nie mam pojęcia skad on się tam wziął. sąsiedzi nie maja zwierzaków, a ci co mieli (ale zdecydowanie mniejszych gabarytów) już chyba dłużej nie mieszkają. u nas to się zmienia jak w kalejdoskopie. 10 mieszkań na klatce, więc trudno to ogarnąć.
kot trzy razy większy od naszej kruszynki... najeżenie, które Gajka zapamietale ćwiczyła przed lustrem ku naszej uciesze było tym razem jak najbardziej na miejscu. wszystko potoczyło się tak szybko, że nawet dobrze tego nie pamiętam. piski jakie wydobywały z siebie oba koty były nieznośne. nigdy bym Gajki nie podejrzewała o takie rozpaczliwe wycie. taki power w takim małym ciałku. biedactwo. ten kot był w ogóle jakiś nieprzestraszalny - nawet mnie się nie bał, to co dopiero małej... no ale szczęśliwie udało się Gai znaleść w mieszkaniu, a kota z niego przepędzić, bo oczywiście wleciał za bez krępacji...
i tak na prawdę emocje opadły dopiero w autobusie do pracy. w korku. i nadeszły rozmyślania:
od tego gdyby rozbolała mnie głowa...
bałam się o nasza dzidzię strasznie, a ona nie dała mi do siebie podejść - jak przyjęła pozycję bojową, to odskakiwała kiedy się do niej zbliżałam. może gdybym tego kota zobaczyła od razu, to bym ją zgarnęła do domu i po kłopocie, ale ja go zobaczyłam dopiero kiedy przebiegł mi pod nogami. i za chiny nie mogę zrozumieć skąd on się tam wziął. jak wychodziłam z domu to już go nie było... traumatyczne ptrzeżycie. dobrze, że skończyło się tak, a nie inaczej. ale Gajka ostrożniejsza - może ją to powstrzyma od wybiegania na klatkę...
my pride and joy
Gajka rośnie w oczach. już dawno stwierdziliśmy z K., że widać to z dnia na dzień. pomimo, że z reguły takie róznice wychodzą zazwyczaj po jakimś czasie nieobecności... nie w jej przypadku :-) najbardziej zmieniła się sierść, która z puszystej, kurczaczej zmieniła się na dorosłą, bardziej dostojną...
pamiętam też, że kiedy pierwszy raz ważyliśmy małą u Weta wyszło 1500g, a 5 dni później było już 1600g. niesamowite... to był pierwszy szok. teraz przyrost wagi da się odczuć gołą ręką :-) Gajka już nie przypomina oczywiście gruszki - straciła tą przypadłość wraz z opuszczeniem hodowli - ale jest tak fajnie umięśniona i mięciutka, ach... widać, że się kotek dobrze rozwija i nic mu nie brakuje :-)
w góle kiedy patrzę wstecz na zdjęcia Gaj-kociaka to aż nie wierzę, że ona taka malutka była. jak maskotka pluszowa. mały misio. teraz jak wydoroślała, zrobiła się taka smukła i skoczna. i taka mądra. jak coś obserwuje to jest w tym niestrudzona. mogłabym na nią patrzeć godzinami.
to taki kochany kotek. nie drapie, nie gryzie... no czasami leciutko w zabawie, ale delikatnie oduczamy ją tego. nie wskakuje na stół jak jemy... za często ;-) zdarzy się raz czy dwa, ale kotek zdjęty na podłogę czasem nawet na niej zostaje.
poza tym kotek sam dobrze wie jak coś przeskrobie. najpierw robią mu się oczka wielkie do nieprzytomności (jak w shreku zupełnie ;-) a później zwiewa gdzie pieprz rośnie. no i nawet nie ma potrzeby krzyczeć na kotka, bo on przeież to wszystko wie :-) so why bother?
a jak Gajka ma fazę milusiństwa to rozkoszna jest do bólu. łasi się, przewala, podkłada łepek do głaskania, mruczy i ciastuje. jak Lori the sloth :-)
no i jak tu kotka nie kochać? mamy przecież najwspanialszego kotka na świecie!
piątek, 19 czerwca 2009
słodkie powroty
po powrocie do domu wita mnie kotek wyglądający zza winkla... kiedyś Gaj leżał rozkosznie rozciągnięty wzdłuż łóżka i widząc mnie w drzwiach przewalał się z boku na bok podstawiając naprężone ciałko do głaskania. ale nauczyła się że dźwięk domofonu oznacza rychły obiad ;-) i żeby nie tracić czasu siedzi przyczajona przy szafie, skąd ma bliżej na upatrzoną pozycję. kotek zaziewany jeszcze, widać że dopiero obudzony, ale żwawo biegnie do wycieraczki, coby sobie podrapać. wycieraczkę upodobała sobie szalenie, pomimo dorodnego pieńka z sizalem, wynika z tego że nasz kt bardziej horyzontalny niż wertykalny jest. to by nawet potwierdzało regułę, bo ostatnim krzykiem mody drapielniczej jest stojąca w kącie (w związku z wojażami K.) bogu ducha winna walizka. no, a drapanko nie dość że w poziomie to jeszcze na wysokości jest o całe niebo lepsze niż na poziomie 0 ;-)
po dokładnym rozciągnięciu wszystkich gnatków i połechtaniu drapaka zaczyna się rytualny koncert. poczatkowo cichutki i trochę niepewny, z czasem przeradza sie w coraz wyższe i dłuższe dźwięki, żeby zakónczyć się powtarzalnym, donośnym miauuuuuuuukiem, oznaczającym chyba mniej więcej "umieram z głodu, chcesz zabić koteczka? daj mi jeść!!"
no i po takim preludium to człowiek sam już nie wie co tu zrobić, żeby przyspieszyć. nie chcę przecież zabić koteczka ;-) uwija się jak w ukropie, drżącymi rękami wlewa wrzatek coby ogrzać miseczkę i wyjęte wprost z lodówki pyszności (jakoś nie chca wyjść z niej same na 10 minut przed moim powrotem - powinni wymyślić taki system, wzorowany na inteligentnym ogrzewaniu domów). chucha, dmucha, miesza, przestępuje z nogi na nogę. dzielnie znosi pazury wbijające się w tętnice nóg, pazury brykające po stopach. biedny głodny koteczek. a sucha karma stoi. wzgardzona.
a po postawieniu gotowej ciepłej miseczki pełnej mięnego paszteciku rozlega się już tylko rozkoszny mruk.
traktorek.
kotek przeżył kolejny raz. udało się ;-)
porzucone...
K. wyjechał. zostałyśmy z Gajką same. Gaj chyba wyczuł, że coś jest nie tak. coś się nie zgadzało... obudziła się rano i wyraźnie czegoś (lub może kogoś) szukała. kręciła się w tę i z powrotem. szczególnie upodobała sobie moją głowę oczywiście. bo to bardzo towarzyski kotek jest. no więc spanka nie było. na szczęście zaraz i tak zadzwonił budzik i musiałam wstawać, ale z przerażeniem myślę o weekendach. bo K. przez najbliższe półtora miesiąca będzie raczej gościem w domu. może kotka trzeba bardziej zmęczyć wieczorem, żeby się dłużej regenerował później ;-) ale obawiam się, że to raczej niewykonalne, bo po pracy wracam jak dętka, podczas gdy ona świeżutka po 8 godzinach błogiego snu właśnie rusza do akcji. ale damy radę. w końcu GIRL POWER, nie?
wtorek, 02 czerwca 2009
life is life
uffff... nawet nie wiem od czego zacząć.
chyba wypadałoby od samokrytycyzmu. od naiwności mojej i optymizmu, który we mnie zakiełkował po raz pierwszy i chyba ostatni. niestety sparzyłam się dość dotkliwie. jak widać jestem skazana na odarty z romantyzmu racjonalizm. nadmierna radość nie przypada mi w udziale.
no ale do rzeczy... miało być pięknie i happily ever after. i dupa. no dupa to jedyne co mogę powiedzieć. ostatnie trzy tygodnie prawie to ciągła walka i popadanie ze skrajności w skrajność. bo z jednej strony ogromna radość z naszej dzidziusi, która co prawda okazała się mniej ospała niż rokowała i lata po domu jak rakieta, a z drugiej ciągły strach, że trzeba będzie podjąć decyzję, żeby się z nią rozstać, bo K. marnie znosi jej obecność. znaczy znosi ją rozkosznie, ale jego organizm nieco się buntuje wylewając bezlitosne ilości płynu przez jego otwór nosowy. męczy się biedak strasznie. raz jest lepiej, raz gorzej. i najgorsza, prawie zabójcza, jest ta niepewność co dalej. więc jestem sobie zawieszona pomiedzy ekstazą (kiedy K. czuje się lepiej, a Gajka przychodzi i podstawia swój puchaty brzuszek do głaskania) i depresją (w momentach kiedy widzę, że leki jakoś marnie działają i katar leje się strumieniami)...
nie wyobrażam sobie, żebyśmy mieli Gaję oddać. jest z nami trzy tygodnie i strasznie ją kochamy. uczy nas tolerancji i cierpliwości, ćwiczy nasz refleks i kondycję, pokazuje różne sztuczki - przeciskanie się pomiędzy szczebelkami suszarki, wyskok w górę z miejsca lub z rozbiegu :-) no i mruczy... do uszka. i ciastuje, ciastuje non stop.
ale nie mogę dopuścić też żeby K. źle się czuł i narażał swoje zdrowie... sytuacja bez wyjścia. a ja czekam na cud. i K. czeka na ten cud dzielnie ze mną... w ogóle dzielny jest. no bo jak się patrzy jak ten nasz słodziak rośnie w oczach i uczy się nowych rzeczy to trudno nie być :-)
a nawet jak wariuje, to stwierdziłam ze zdumieniem, że jakoś się już do siebie przyzwyczajamy. był taki okres, że budziłam się w nocy co godzinę, bo ona brykała i podchodziła do K., ja ją przekładałam, zestawiałam z łóżka i tak w kółko, bo ona niezmordowana przecież. teraz jest jakoś bardziej na luzie. tez czasem się budzę, raz czy dwa, zestawiam ją na dół... i oczywiście wraca, ale bardziej spokojna, układa się i śpi. lepiej ją olewać (o co nietrudno w środku nocy) i nie zwracać uwagi bo wtedy się mniej popisuje. taki głuptasek... i pieszczoch straszny.
czwartek, 07 maja 2009
fever
sprzątamy. z uprem maniaka. wypełniamy każdy punkt palnu tygodniowego, który napięty jest do nieprzytomności. po powrocie ze Stambułu ani chwili odpoczynku. no może jedna chwila. nie znaleźliśmy jeszcze czasu na przejżenie zdjęć, ba! nawet nie widziałam wszystkich. jest czwartek. robi się gorąco. sobota - 9 rano Lotnisko (po 4,5 godzinach drogi i pobudce o 3:00 w nocy), zamiast snu - rozpakowywanie, zakupy, wizyta u rodziców (pomnożona razy 2). niedziela - odsypianie, pieczenie chleba (bo okazało się, że to 3 maja i sklepy zamkniete - surprise, surprise) i robienie twarożku (no co wiosna jest, nowalijki...), pranie, króciutki piknik w Parku Miejskim ;-) i na koniec Troja z wypozyczalni, tak w temacie Turcji... poniedziałek - korki, zaciekłe polowanie na szarą taśmę pakową, kolejki, załatwianie spraw na poczcie, rzutem na taśmę, jako ostatni z ostanich, wieczorem padamy już na pysk... wtorek - K. w Bruksie (znowu pobudka o 5 rano), mytyng z K.Rolem w klubie nałogowych zjadaczy surowych ryb, wracam nieżywa. środa - K. wraca z Bruksu, kończę pranie, ogarniam się trochę, przekładam rzeczy z miejsca na miejsce... chyba z nerwów. czwartek - fryzjer, który wielkodusznie zaoferował, że zostanie godzinę dłużej w pracy, cobym zdążyła w korkach dowieść swą głowę na ścięcie (ma się te chody), zakupy, sprzątanie, sprzątanie, wielkie sprzatanie... na błysk! piątek - 16:30 - godzina zero!!! a później jeszcze troszkę stresu i masa szczęścia :-) a sobota - lejdis najt... i weź tu człowieku znajdź czas dla siebie... na zdjęcia, na pisanie??? no gdzie? ja sie pytam... ale jak się zbiorę wreszcie w sobie, jak przejrzę zdjęcia, jak przygotuje notkę... to bedzie podsumowanie pobytu w S. taki mam plan. jedyna pociecha to mój stosunek do pracy po powrocie. olewam. robię swoje i chrzanię. nie zastanawiam się, nie zagłębiam, nie przejmuję. i tak ma mi zostać. forever. big calm i dystans. pięknie jest :-) ********** no i dupa wyszła ze sprzątania... ale przynajmniej wyglądam zajebiście ;-p
|